To nie jest książka dla specjalistów. Anna Maciejewska o nowym przekładzie „Odysei”

Choć w kinach pojawiła się ekranizacja „Odysei” w reżyserii Christophera Nolana, wiele osób kojarzy wersję literacką z lekturą szkolną, mitologią i odległym światem starożytnych bogów. Tymczasem, jak przekonuje dr Anna Maciejewska, jest to przede wszystkim fascynująca opowieść o człowieku, który za wszelką cenę próbuje wrócić do domu. O tym, jaka jest rola tłumacza, dlaczego Homera warto tłumaczyć na nowo i co wciąż przyciąga czytelników i czytelniczki do jednego z najstarszych tekstów europejskiej kultury, rozmawialiśmy z autorką ostatniego przekładu.

Opublikowano: 31 sierpnia 2026

dr Bartosz Kałużny (CWzO UŁ): Na rynku istnieje już wiele przekładów Odysei. Co sprawia, że klasyczne dzieła wciąż tłumaczy się na nowo?

dr Anna Maciejewska: Robi się to przede wszystkim dlatego, żeby pozostawały komunikatywne. Niekoniecznie chodzi o odkrywanie czegoś, czego poprzedni tłumacze nie dostrzegli. Raczej o przekazanie tego samego dzieła językiem zrozumiałym dla współczesnego czytelnika.

Bardzo lubię przekład Parandowskiego, ale ma on już niemal sto lat. Dla mnie wciąż jest komunikatywny, choć miejscami staroświecki. Dla młodszych czytelników ten dystans językowy może być większy.

Teksty Homera czy Szekspira wymagają od czasu do czasu odnowienia właśnie po to, by nadal trafiały do odbiorców.

BK: Nie rozpoczęła Pani pracy nad przekładem z myślą o wydaniu książki, prawda?

AM: Nie. To była przede wszystkim wewnętrzna potrzeba. Chciałam sprawdzić, czy potrafię oddać ten tekst po polsku. Zaczęłam tłumaczyć i okazało się, że idzie. Potem pomyślałam: dlaczego nie spróbować całości? Mój tekst był gotowy w 2015 r.

Robiłam to bez zamówienia wydawnictwa i bez planów publikacyjnych. Zakładałam nawet, że rękopis może po prostu zostać w szufladzie. To był projekt wynikający z fascynacji tekstem, nie poprzedziłam pracy badaniem rynkowym.

okładka książki

BK: Co było największym wyzwaniem podczas tłumaczenia – emocje, realia kulturowe, sposób myślenia bohaterów?

AM: Emocje bohaterów raczej nie – Odyseja jest dziełem ponadczasowym właśnie dlatego, że te emocje pozostają bardzo bliskie naszym. Większą trudność stanowią realia świata, którego już nie ma.
Ciągle trzeba podejmować decyzje, czy w przekładzie pozostawić grecki termin i wyjaśnić go w przypisie, czy zastąpić współczesnym, mniej precyzyjnym odpowiednikiem. 

Weźmy choćby słowo „megaron”, oznaczające główną salę w domu. Czy zostawić oryginalną nazwę, czy napisać po prostu „sala”? Trudniejsze w tłumaczeniu są np. nazwy związane z odzieżą, pożywieniem, uzbrojeniem.

A jednocześnie trzeba pamiętać, że tłumaczy się poezję. Wybrane słowo musi nie tylko znaczyć, lecz także pasować do rytmu wiersza. Są też takie terminy, dla których nie da się znaleźć jednego polskiego odpowiednika – one wtedy brzmią w różnych miejscach odmiennie.

To nie jest przekład techniczny, a tłumaczyłam sporo źródeł historycznych, więc wiem, jak to się robi. Przy przekładzie literackim chodzi przede wszystkim o to, żeby wywołać w umysłach czytelników obraz najbliższy temu, co ja, jako autorka przekładu, widzę. A przy poezji dodatkowo wciągnąć go w płynący nieustannie rytm wiersza.

BK: Jaką rolę odgrywa tłumacz? Na ile jest twórcą, a na ile rzemieślnikiem?

AM: Jestem zwolenniczką opinii, że przekład jest sztuką. Nie w romantycznym sensie natchnienia dostępnego wybrańcom, lecz sztuką rozumianą jako wniesienie pewnych umiejętności z jednej strony, a z drugiej podejmowanie decyzji, które mogą się wymykać racjonalnemu wyjaśnieniu.

Minimum warsztatu tłumacza – przy każdym tekście – to jak najmniej ingerować w przekazywany obraz, lecz jednocześnie dbać o to, żeby tekst dobrze brzmiał w języku docelowym. 

I tak na przykład z jednej strony składnia języka polskiego jest bardzo podobna do składni antycznej greki, z drugiej zaś greka ta pełna jest imiesłowów – mamy więc „ktoś robiący jakąś rzecz, będącą czymś, wziąwszy coś wydającego się jakimś i idąc którędyś, spotkawszy człowieka będącego przyjacielem, powiedział mu...” itp. Trzeba to na polski przełożyć tak, żeby było strawne, a nie tylko poprawne gramatycznie.

W tłumaczeniu literackim trzeba ponadto wyważać wierność treści i walory artystyczne. Na ile pozwalamy, by kryteria artystyczne zniekształciły precyzję przekazu? Czasem dla brzmienia wiersza należy zmienić składnię. Czasem coś dopowiedzieć, a czasem z czegoś zrezygnować. Takie decyzje podejmuje się właściwie w każdym wersie. 

Wspomniane podobieństwo składni greckiej i polskiej pozwoliło jednak zachować liczbę wersów oryginału i to nawet najczęściej bez większych zmian w układzie treści. Udało mi się zatem spełnić wymagania Juliana Tuwima, który mówił, że przekład powinien zamykać się w tej samej ilości tekstu, co oryginał.

wnętrze książki

BK: Który z motywów Odysei uważa Pani za najbardziej aktualny dzisiaj?

AM: Dla mnie najważniejszy jest powrót do domu – stanowi on oś tej opowieści.

Odyseusz prze do domu przez cały czas. Wszystkie przygody – napotkane potwory, czarownice czy sztormy czy – są fascynujące, ale pozostają czymś, co wydarza się po drodze. To jest baśń, to są trochę takie morskie opowieści – bardzo wysokiej klasy ówczesna rozrywka. Najważniejsza myśl Odyseusza brzmi jednak nieustannie: „chcę wrócić do domu”. On ma ten cel cały czas przed oczami.

Myślę, że właśnie dlatego ten motyw pozostaje uniwersalny. Są ludzie, których los rzuca daleko od ich miejsca. Niekiedy sami wybierają tę drogę. Ale dom pozostaje czymś własnym, czymś, do czego chce się wrócić.

BK: Czy współczesny czytelnik może polubić Odyseusza?

AM: To skomplikowana postać. Osobiście nie przepadam za ludźmi, którzy kręcą i kombinują, a Odyseusz robi to nieustannie. Jeśli nie musi powiedzieć prawdy, to jej nie powie.

Z drugiej strony stara się być odpowiedzialny za swoich ludzi. Robi wszystko, by przeżyć i żeby, jeśli to możliwe, przeżyła również jego załoga. Ma bardzo ludzkie cechy. Myślę, że można go czasami lubić, a czasami się na niego złościć.

BK: A co z Penelopą? Czy jest tylko symbolem wiernej żony czekającej na męża?

AM: Jak na realia świata, w którym żyje, robi naprawdę dużo. Kombinuje, odwleka decyzję o ponownym małżeństwie, wykorzystuje podstępy. Jest postacią znacznie bardziej aktywną, niż często się uważa.
Bardzo ciekawie pokazana jest też relacja Penelopy i Telemacha. Oboje błędnie interpretują nawzajem swoje intencje. Telemach jest przekonany, że matka chce wyjść za mąż, choć fakty temu przeczą. Penelopa z kolei uważa, że syn chce się jej pozbyć z domu. Nie potrafią się porozumieć. To jest zaskakująco trafna obserwacja psychologiczna.

BK: Czy współczesny czytelnik musi być specjalistą od mitologii i starożytnych realiów, żeby czytać Homera?

AM: To jest dyskusja, która zawsze jest toczona w gronie redakcyjnym, odbywają ją też zapewne scenarzyści i reżyserzy. Co jest czytelne, a co nie?

Odpowiadając na pytanie – nie trzeba być specjalistą. Warto jednak wiedzieć pewne podstawowe rzeczy: że istnieją bogowie tacy jak Atena czy Posejdon i że mają pewne kompetencje, że była wojna trojańska, że istniało niewolnictwo.  To wystarczy. Nie ma potrzeby znać wszystkich setek imion pojawiających się w tekście. To zadanie dla badaczy. Czytelnik powinien przede wszystkim śledzić opowieść.

BK: Czy Odyseję można traktować jako źródło informacji o starożytności?

AM: Na pewno w jakimś sensie tak – powstała ona w końcu w określonym kontekście historycznym. Natomiast to, na ile wiernie przedstawia realia epoki, na ile przekazuje informacje na temat wojny trojańskiej i okresu po niej, jest przedmiotem poważnych badań filologów, archeologów, historyków kultury. Czy istniała kiedyś rzeczywistość, w której wszystkie nie baśniowe elementy homeryckiego świata trwały równolegle, obok siebie? Prawdopodobnie nie. Ja traktowałam Odyseję głównie jako dzieło literackie.

BK: Co współczesna nauka zmieniła w naszym rozumieniu Homera? Czy archeologia, językoznawstwo, nowe technologie i cyfrowe metody analizy tekstu pozwalają nam dziś czytać Odyseję inaczej niż jakiś czas temu? 

AM: Rozmaitość interpretacji i badania nad tekstem Odysei rozpoczęły się już w czasach hellenistycznych. Nowożytne profesjonalne prace filologiczne trwają od czasów Friedricha Augusta Wolfa, a aktywność Heinricha Schliemanna, jakkolwiek amatorska również w złym sensie, dała impuls do połączenia ich z badaniami archeologicznymi. Od tego momentu na pewno wiele się dowiedzieliśmy, dużo się zmieniło. 
Obecnie temat ma tak obfitą bibliografię, iż jeden człowiek, czy nawet jeden zespół, nie jest w stanie tej spuścizny intelektualnej całościowo objąć. 

Nowe metody oznaczają również rozdrobnienie przedmiotu badań – ktoś się będzie zajmował bronią, podczas kiedy ktoś inny przeanalizuje budownictwo. Ta fragmentaryzacja jest ogólną bolączką współczesnej nauki.

Gdyby tłumacz, w idealnym świecie, miał zapoznać się ze wszystkimi wynikami badań, pewnie wykonałby swoją pracę lepiej, pochylając się nad wszystkimi możliwymi interpretacjami wszystkich znaczeń wszystkich użytych wyrazów. Ale samo ich zgłębienie zajęłoby mu kilkadziesiąt lat. W międzyczasie ukazałoby się dużo nowej literatury, tak że życia by nie starczyło – a trzeba jeszcze uwzględnić kryteria przekładu poetyckiego.

Oczywiście nawet dość powierzchowna wiedza dzisiejszego tłumacza jest inna i bogatsza niż Lucjana Siemieńskiego półtora wieku temu, ale dla czytelnika przekładu przekazywany obraz zmienia się bardzo powoli. Zmiany dotyczą raczej sposobu przekazu.

grzbieg książki

BK: Jak przekonałaby Pani osobę, która nigdy nie czytała Odysei, żeby po nią sięgnęła?

AM: Powiedziałabym po prostu: „To jest ciekawe”. To nie jest książka tylko dla specjalistów. Ludzie prawie trzy tysiące lat temu opowiadali te historie dlatego, że były ciekawe. I nadal takie są.

BK: Na koniec: czy filmowe adaptacje pomagają klasyce?

AM: Myślę, że tak. Oczywiście zawsze znajdą się osoby, które będą chciały ekranizacji stuprocentowo wiernej książce. Za każdym razem pojawią się odbiorcy, którzy zauważą np. że  Legolas w oryginalnym dziele Tolkiena nie miał prawa być blondynem.

Ale jeżeli film jest zrobiony dobrze, może zachęcić do sięgnięcia po oryginał. Trzeba tylko pamiętać, że adaptacja filmowa zawsze jest interpretacją. To nie jest Odyseja Homera, lecz wizja konkretnego reżysera.

W filmie wędrówki Odyseusza są pokazane tak, jakby on sobie przypominał coś, co rzeczywiście się stało. W Odysei większość to jest jego opowieść. Odyseusz kłamie, kiedy tylko może. To jest marynarz – podzielmy jego historie przez 20, to może dowiemy się, co naprawdę mu się przytrafiło.

Tym, czego film nigdy nie odda, pozostaje forma poetycka. Odyseja była przede wszystkim opowieścią wykonywaną głosem, składa się z 24 pieśni, nie tomów. Język starogrecki miał rytm (wynikający z układu krótkich i długich sylab), melodię (wynikającą z układu akcentów) i muzyczność, których nie da się całkowicie przenieść ani na ekran, ani nawet na papier.

W językach, które nie mają akcentu melodycznego ani nawet sylab różnej długości – jak współczesny polski, włoski czy nowożytna greka – można oddać do pewnego stopnia tylko rytm oryginału, używając akcentów wyrazowych. To właśnie robimy my, tłumacze literatury. W filmie jest jednak raczej niemożliwe, żeby bohaterowie rozmawiali ze sobą rytmizowanym wierszem.

Jeśli jednak miałabym zachęcić do pierwszego kontaktu z Odyseją kogoś nieprzyzwyczajonego do czytania długich tekstów, rozpoczęcie od obejrzenia filmu nie jest złym pomysłem.

BK: Ostatnie zdanie dla naszych czytelników i czytelniczek.

AM: Czytajcie Odyseję. A właściwie: czytajcie w ogóle. Opowieści są ciekawe. To zupełnie inny rodzaj doświadczenia niż krótkie materiały, które przewijamy każdego dnia.

***

zdjęcia: Bartosz Kałużny

***
Jeżeli interesuje Was tematyka przekładu i rola tłumacza, zachęcamy do zapoznania się z nagraniem wideo ze spotkania „Jarniewicz i Świerkocki pytają…” Elżbietę Tabakowską.


 

ul. Narutowicza 68, 90-136 Łódź
NIP: 724 000 32 43
Adres do doręczeń elektronicznych (ADE): AE:PL-74796-17640-IHHIV-17
KONTAKT​​​​​​​

Funduszepleu
Projekt Multiportalu UŁ współfinansowany z funduszy Unii Europejskiej w ramach konkursu NCBR