Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że zima wreszcie była porządna. Był przecież mróz, był śnieg, miejscami przez dłuższy czas utrzymywała się pokrywa śnieżna. Intuicja podpowiada więc prosty wniosek, że skoro śniegu było więcej, to i wody powinno być więcej. Jednak, czy na pewno?
Fot. 1. Parujące pole w słoneczny ale mroźny dzień (godz. 15.30)

Jak wyjaśnia dr Zbigniew Kaczkowski:
Fakt pojawienia się, a następnie utrzymywania się przez jakiś okres pokrywy śnieżnej sam z siebie nie oznacza, że zaistnieją warunki do poprawy warunków wodnych.
To oznacza, że liczy się nie sam widok białego krajobrazu, ale to, ile wody naprawdę było w śniegu i czy ta woda mogła zasilić grunt. A z tym było różnie. W okolicach Łodzi śniegu nie spadło wyjątkowo dużo, a do tego był to śnieg „suchy”, bardzo puszysty, zawierający sporo powietrza i stosunkowo mało wody.
Zaraz po pierwszym większym opadzie śniegu przeprowadziłem obserwację na podstawie której mogę stwierdzić, że około 1100 ml śniegu po rozpuszczeniu przełożyło się na 200 ml wody
– mówi badacz.
Po późniejszej, lekkiej odwilży z bardziej wilgotnego i skompresowanego śniegu udało się uzyskać więcej, bo około 340 ml, ale wciąż nie były to ilości, które mogłyby odwrócić wieloletni trend. Poza tym w większości to był ten sam śnieg, tylko lekko „spracowany” przez pogodę. Do tego doszedł jeszcze jeden problem – zamarznięty grunt. Nawet gdy śnieg zaczął się topić, woda tylko w ograniczonym stopniu mogła wsiąkać w ziemię, , gdyż grunt był wciąż zmrożony
– podkreśla dr Kaczkowski.
Część wody odpłynęła więc, zamiast wspomóc odbudowę lokalnych zasobów. Nie pomagały też wiatr i słońce. Śnieg w otwartym terenie bywał zwiewany z pól, a podczas słonecznych, mroźnych dni intensywnie parował. To dlatego tegoroczny zimowy krajobraz, choć efektowny, nie będzie oznaczał hydrologicznej ulgi.
Wniosek naukowca jest ostrożny:
Nie jestem przekonany, że obserwowane dotychczas opady będą czynnikiem zmieniającym wieloletnie niekorzystne trendy dotyczące zmniejszania się dyspozycyjnych zasobów wodnych”
– mówi i dodaje, że o realnej poprawie będzie można mówić dopiero po analizie całego roku i danych z aparatury pomiarowej.
Fot. 2. Porównanie ilości wody wytapiającej się z około 1100 ml „suchego” i „mokrego” śniegu
Czy zatem znów grozi nam susza hydrologiczna?
W przypadku części Polski, w szczególności jej centralnej części, susza hydrologiczna się nie skończy
– zaznacza dr Kaczkowski.
To zjawisko obecne od lat i nic nie wskazuje na to, by miało ustąpić samo z siebie.
Czym jest susza hydrologiczna?
Po ludzku susza hydrologiczna oznacza długotrwały niedobór wody w środowisku. Zaczyna się zwykle od zbyt małych opadów, a potem przekłada się na obniżenie poziomu rzek, jezior i wód gruntowych.
Przyczyną występowania jest długotrwale utrzymujący się ujemny bilans wodny, tzn. więcej wody z danego obszaru jest tracone niż zyskiwane
– wyjaśnia badacz.
Skutki odczuwają nie tylko rzeki i mokradła, ale też gleby oraz rośliny, które tracą dostęp do wody. Brzmi to mało świątecznie, ale właśnie dlatego lany poniedziałek może dziś wybrzmiewać inaczej niż dawniej.
Woda pozostaje symbolem życia, oczyszczenia i wiosennego odrodzenia, lecz coraz częściej staje się też przypomnieniem, że nie jest zasobem oczywistym i niewyczerpanym.
Co możemy zrobić?
Dr Kaczkowski odpowiada krótko:
Przede wszystkim żyć mądrzej.
Chodzi z jednej strony o ograniczanie działań, które zwiększają emisję gazów cieplarnianych, z drugiej, o bardziej rozsądne gospodarowanie wodą wokół nas. A więc zbieranie deszczówki, zatrzymywanie wody tam, gdzie spada i niewypuszczanie jej od razu do kanalizacji.
Może więc w tym roku lany poniedziałek warto potraktować nie tylko jako tradycję, ale też jako pretekst do refleksji. Bo nawet jeśli świątecznego oblewania raczej nam nie zabraknie, to pytanie o wodę w skali całego roku staje się coraz mniej prasowym newsem, a coraz bardziej czynnikiem ryzyka w rozwoju naszego kraju.
Materiał: dr Zbigniew Kaczkowski, Wydział Biologii i Ochrony Środowiska UŁ
Zdjęcia: dr Zbigniew Kaczkowski
Redakcja: Kacper Szczepaniak, Centrum Komunikacji Marki
Grafika: Michał Strzelec, Centrum Komunikacji Marki
