Już na wstępie doktor studzi wielkanocne emocje. Jak wyjaśnia, nazwa wyspy nie wzięła się z lokalnej miłości do pisanek, lecz z europejskiego przypadku.
Nazwę Wyspie nadał holenderski żeglarz Jacob Roggeveen, który dotarł na nią 5 kwietnia 1722 roku – w niedzielę wielkanocną. W dzienniku wyprawy odkryty wówczas ląd opisano jako Paasch-Eyland, czyli „Wyspa Wielkanocna”
– mówi dr Adam Bartnik.
Tymczasem sami mieszkańcy wolą nazwę Rapa Nui i (co łatwo zrozumieć) nie przepadają za określeniem nadanym przez Europejczyków. W miejscowej mitologii funkcjonuje też piękne miano Te Pito O Te Henua, czyli „Pępek Świata”. To już brzmi znacznie godniej niż geograficzna etykietka przyklejona od święta.
A gdzie właściwie leży ten cały „Pępek Świata”?
Bardzo, bardzo daleko od wszystkiego.
Wyspa Wielkanocna leży w południowo-wschodniej części Oceanu Spokojnego – pośrodku ogromnego obszaru wodnego, około 2000 km od najbliższego innego zamieszkałego obszaru, czyli wyspy Pitcairn, oraz około 3700 km od wybrzeża Ameryki Południowej
– wyjaśnia dr Bartnik.
Naturalnie nasuwa się pytanie, że skoro nazwa jest wielkanocna, to czy na miejscu znajdziemy cokolwiek świątecznego? Może procesje moai? Morskie pisanki z Oceanu Spokojnego? Zająca w wersji tropikalnej?
Na Wyspie nie ma poza nazwą innych odniesień do Świąt Wielkanocnych. Istnieje co prawda w Hanga Roa misja chrześcijańska organizująca obchody i procesje podczas tego święta
– mówi naukowiec.
Jest jednak pewien wątek jajeczny, choć zdecydowanie bardziej ekstremalny niż nasze domowe stukanie się skorupkami przy stole. Chodzi o tradycję zdobywania pierwszego w sezonie jaja rybitwy. Kandydat do tytułu śmiałka musiał skoczyć z klifu, przepłynąć wzburzone wody oceanu do małych skalistych wysepek, zdobyć jajo i wrócić z nim cało na brzeg.
Ten, kto zrobił to pierwszy, zyskiwał miano Hangata-Manu, czyli Człowieka-Ptaka, i przez kolejny rok sprawował funkcję władcy duchowego Wyspy
– opowiada dr Bartnik.
Ale prawdziwa sława Rapa Nui stoi kamiennym posągiem. A właściwie wieloma kamiennymi posągami. Moai to jedne z najbardziej rozpoznawalnych figur świata, a przy okazji bohaterowie całej kolekcji nieporozumień.
Największe? To przecież same głowy
Moim zdaniem największy mit to ten, że moai to same głowy. Mit ten utrwalają fotografie. A to nieprawda – większość moai ma pełne ciała, ich torsy są po prostu zasypane osadami nagromadzonymi w ciągu stuleci
– podkreśla dr Bartnik.
Drugi mit? To, to, że wszystkie patrzą na ocean, wzdychając do bezkresu fal jak kamienni poeci.
W rzeczywistości tylko jedna grupa rzeźb, w Ahu Akivi, jest zwrócona w stronę morza. Wszystkie pozostałe stoją plecami do Oceanu. Przed nimi istniały place, na których odbywały się ceremonie, prawdopodobnie związane z kultem przodków. Same posągi przedstawiają bowiem najważniejszych, czczonych członków rodów Rapa Nui – władców, kapłanów i inne osoby o szczególnej pozycji społecznej. Nie byli to bogowie, postacie mityczne ani „kosmici”, lecz zdeifikowani przodkowie, którzy mieli chronić swoje klany i zapewniać im pomyślność
– podkreśla naukowiec.
Tak (niestety dla autora tego tekstu), kosmici odpadają, choć trzeba uczciwie przyznać, że ludzkość od dawna ma osobliwą skłonność do tłumaczenia wszystkiego, czego nie rozumie, przybyszami z innych planet. Wielkie kamienne posągi? Kosmici. Piramidy? Kosmici. Znikające skarpetki po praniu? Tu nauka chyba nie daje odpowiedzi. Tymczasem sama wyspa wcale nie jest muzealną ciekawostką zawieszoną poza czasem. Wręcz przeciwnie – zmaga się dziś z bardzo realnymi problemami środowiskowymi.
Według aktualnych badań Wyspa doświadcza wyjątkowo silnej i długotrwałej suszy, trwającej już ponad dekadę. Jej przyczyn naukowcy upatrują we wzmocnieniu i przesunięciu na zachód południowego antycyklonu Pacyfiku, a także w przesunięciu na południe szlaku przemieszczania się sztormów
– dodaje badacz.
I tu primaaprilisowy ton na chwilę cichnie, bo geografia – nawet ta najbardziej egzotyczna – potrafi przypominać, że świat nie jest pocztówką, tylko systemem naczyń połączonych.
Powracając jednak do dobrego humoru, można powiedzieć jedno – jeśli ktoś w ten prima aprilis usłyszy, że Wyspa Wielkanocna naprawdę istnieje, niech nie przewraca oczami. To nie żart. Żartem byłoby raczej myślenie, że wiemy o niej wszystko tylko dlatego, że widzieliśmy kiedyś zdjęcie jednej kamiennej głowy. Tak więc, cały artykuł nie jest prima-aprilisowym żartem, tylko ciekawostką, o którem można opowiedzieć przy świątecznym stole!
